Blog > Komentarze do wpisu
To jest nasz kawałek Europy

Na przełomie października i listopada 21 dziennikarzy „Gazety Wyborczej” odwiedziło europejskie miasta, by poszukać inspiracji i gotowych pomysłów, które można by przenieść do nas, żeby i tu lepiej się żyło. Ja prawie dwa tygodnie spędziłem w duńskim Aarhus. Wybraliśmy to miasto, bo jest podobne do Kielc, jeśli chodzi o wielkość, liczbę mieszkańców, ambicje uniwersyteckie i miłość do sportu. Na miejscu okazało się, że mają też podobne problemy - w zeszłym roku strajkowali tam pracownicy komunikacji miejskiej. Ale kilka spraw, które dla nas wciąż są sporym problemem, oni już rozwiązali. Bo któż by nie chciał mieć tylu ścieżek rowerowych i miejskich rowerów lub centrum miasta, gdzie pogodzono interesy pieszych i kierowców, czy wreszcie dworca kolejowego umiejętnie połączonego z galerią handlową?

Przez prawie dwa tygodnie opisywałem to, co zobaczyłem w Aarhus, i z uwagą czytałem to, co Państwo pisaliście na temat mojej wyprawy. W wielu przypadkach nasze odczucia były podobne, choć nie wszyscy podzielali mój optymizm.  

Właściwie wszyscy, którzy włączyli się do dyskusji, byli zgodni - od mieszkańców Aarhus różnimy się przede wszystkim mentalnością.

- I to zarówno, jeśli chodzi o ściąganie w szkole, jak i fakt, że u nas dobrowolnie nie da się wprowadzić zasady, że do autobusu wsiadamy przednimi, a wysiadamy tylnymi drzwiami - zauważył jeden z Czytelników.

Nie pojechałem do Aarhus, aby udowodnić, że Kielce dzielą od tego miasta miliony lat świetlnych - jak zarzucali mi niektórzy. Porównując duńskie miasto do Kielc, pokazywałem też, jak u nas dużo się zmienia. Przykład pierwszy z brzegu: jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy narzekali na rejestrację samochodów w kieleckim ratuszu. Teraz jest znacznie lepiej i zarejestrować auto można w ciągu trzech godzin. Jest nadzieja, że kiedyś - tak jak w Aarhus - potrwa to maksymalnie godzinę.

Marzy mi się, żeby z Aarhus do Kielc przenieść przede wszystkim wzajemny szacunek i współodpowiedzialność za miasto. Tam sami usuwają graffiti ze ścian, jak tylko się pojawi, i dyskutują o tym, co jest ważne w mieście. Jak wygląda wzajemny szacunek, przekonują się w Aarhus piesi i rowerzyści, którzy nie boją się przechodzić przez ulicę, i petenci, którzy nie są traktowani z góry przez urzędników. Wtedy nikt nie myśli o monitoringu w szkołach, bo jest on niepotrzebny.

Do tego jeszcze jest potrzebna codzienna determinacja. Gdy jej  nie zabraknie, będziemy mieć i ścieżki rowerowe, i może lotnisko. A jeśli nawet się nie uda, to będziemy mieć świadomość, że zrobiliśmy wszystko, aby nasz kawałek Europy  w Kielcach był najlepszy

piątek, 23 listopada 2007, marcin.sztandera