RSS
piątek, 23 listopada 2007
To jest nasz kawałek Europy

Na przełomie października i listopada 21 dziennikarzy „Gazety Wyborczej” odwiedziło europejskie miasta, by poszukać inspiracji i gotowych pomysłów, które można by przenieść do nas, żeby i tu lepiej się żyło. Ja prawie dwa tygodnie spędziłem w duńskim Aarhus. Wybraliśmy to miasto, bo jest podobne do Kielc, jeśli chodzi o wielkość, liczbę mieszkańców, ambicje uniwersyteckie i miłość do sportu. Na miejscu okazało się, że mają też podobne problemy - w zeszłym roku strajkowali tam pracownicy komunikacji miejskiej. Ale kilka spraw, które dla nas wciąż są sporym problemem, oni już rozwiązali. Bo któż by nie chciał mieć tylu ścieżek rowerowych i miejskich rowerów lub centrum miasta, gdzie pogodzono interesy pieszych i kierowców, czy wreszcie dworca kolejowego umiejętnie połączonego z galerią handlową?

Przez prawie dwa tygodnie opisywałem to, co zobaczyłem w Aarhus, i z uwagą czytałem to, co Państwo pisaliście na temat mojej wyprawy. W wielu przypadkach nasze odczucia były podobne, choć nie wszyscy podzielali mój optymizm.  

Właściwie wszyscy, którzy włączyli się do dyskusji, byli zgodni - od mieszkańców Aarhus różnimy się przede wszystkim mentalnością.

- I to zarówno, jeśli chodzi o ściąganie w szkole, jak i fakt, że u nas dobrowolnie nie da się wprowadzić zasady, że do autobusu wsiadamy przednimi, a wysiadamy tylnymi drzwiami - zauważył jeden z Czytelników.

Nie pojechałem do Aarhus, aby udowodnić, że Kielce dzielą od tego miasta miliony lat świetlnych - jak zarzucali mi niektórzy. Porównując duńskie miasto do Kielc, pokazywałem też, jak u nas dużo się zmienia. Przykład pierwszy z brzegu: jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy narzekali na rejestrację samochodów w kieleckim ratuszu. Teraz jest znacznie lepiej i zarejestrować auto można w ciągu trzech godzin. Jest nadzieja, że kiedyś - tak jak w Aarhus - potrwa to maksymalnie godzinę.

Marzy mi się, żeby z Aarhus do Kielc przenieść przede wszystkim wzajemny szacunek i współodpowiedzialność za miasto. Tam sami usuwają graffiti ze ścian, jak tylko się pojawi, i dyskutują o tym, co jest ważne w mieście. Jak wygląda wzajemny szacunek, przekonują się w Aarhus piesi i rowerzyści, którzy nie boją się przechodzić przez ulicę, i petenci, którzy nie są traktowani z góry przez urzędników. Wtedy nikt nie myśli o monitoringu w szkołach, bo jest on niepotrzebny.

Do tego jeszcze jest potrzebna codzienna determinacja. Gdy jej  nie zabraknie, będziemy mieć i ścieżki rowerowe, i może lotnisko. A jeśli nawet się nie uda, to będziemy mieć świadomość, że zrobiliśmy wszystko, aby nasz kawałek Europy  w Kielcach był najlepszy

18:21, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2007
Duński sposób na rowery

Rowery- to chyba najtrudniejsza część opowieści o Aarhus. Nie mam złudzeń, żeby gdziekolwiek w Polsce szybko były równie dostępne jak tam. A co Wy o tym sądzicie?

Miejskie rowery funkcjonują w Aarhus dopiero drugi rok, choć do ich wprowadzenia miasto przymierzało się już w 1999 roku. Miały być m.in. jednym ze sposobów na ograniczenie korków w mieście. Początkowo ich wprowadzeniem miała się zajmować prywatna firma, ale ostatecznie to miasto znalazło sponsora i ogłosiło przetarg na wykonanie specjalnych rowerów.

Żeby się przekonać jak się sprawdzają, znalazłem jeden z 55 specjalnie oznakowanych punktów, wrzuciłem monetę 20 koronową (10 zł) i już jestem posiadaczem jednego z 400 niebieskich rowerów.

Sam rower jest dosyć ciężki i mój akurat nie ma przerzutek. Ale jeździ i na pewno poruszam się szybciej niż na piechotę.

Jadę w dół ulicy, w kierunku dworca kolejowego. Ścieżka jest wyznaczona na jezdni i jest dosyć zatłoczona. Dojeżdżam do skrzyżowania i mam problem, bo chce jechać prosto, a samochód stojący po mojej lewej stronie chce skręcić w prawo. Kto ma pierwszeństwo? Rowerzysta. Wszystkie rowery ruszają, jadą prosto, a samochody czekają. - To dosyć trudne dla kierowcy z Polski, który nie jest przyzwyczajony do czegoś takiego. Ja tu rowerzystę traktuje jak karetkę na sygnale - tłumaczył mi później Krzysztof Gołębiowski, kielczanin mieszkający w Aarhus.

Jadę dalej. Następne skrzyżowanie jest jeszcze ciekawsze - półmetrowej szerokości ścieżkę wymalowano pomiędzy dwoma pasami ruchu dla samochodów. Aż strach jechać pomiędzy autobusami. Ale miejscowym to nie przeszkadza, więc też jadę. Samochody o dziwo trzymają się w bezpiecznej odległości, a kierowcy wyraźnie uważają na rowerzystów.

Luźniej jest w centrum miasta - tu dominują ulice, gdzie samochody nie mogą jeździć. Jest za to dużo rowerzystów i trzeba uważać. To wygląda dosyć zabawnie, bo np. można spotkać starszą panią w eleganckim żakiecie, na rowerze i w kasku.

W sumie na rowerze spędziłem cały dzień, okazało się, że w niektóre miejsca szybciej można dojechać rowerem, niż autobusem. Ale na pewno nie obejrzałem wszystkich ścieżek, bo jest ich podobno 400 km. - Nie pamiętam kiedy wybudowaliśmy drogę bez towarzyszącej jej ścieżki rowerowej - mówi Niels Buch Johannsen, szef wydziału prasowego miasta.

Rowerami nie można dojechać jednak wszędzie. Np. na głównym deptaku jest strefa tylko dla pieszych i rowery stoją na parkingach przy wylocie ulicy. Rowerzyści jeżdżą tamtędy tylko wieczorem, gdy po deptaku chodzą nieliczni piesi.

O tym jak ważne są rowery przekonali się mieszkańcy Aarhus w zeszłym roku, gdy doszło do strajku komunikacji miejskiej. - Oczywiście nikt nie myślał o organizacji komunikacji zastępczej, bo wszyscy się przesiedli na rowery i do taksówek - opowiada Anna Buras-Knudsen, kielczanka mieszkająca w Aarhus.

- W zimę gdy spadł śnieg, odśnieżono najpierw ścieżki rowerowe. Bo rowery jeżdżą cały rok - mówi Krzysztof Gołębiowski.

Takie nagromadzenie rowerów prowadzi do nietypowej sytuacji. Raz na kilka tygodni miejskie służby zbierają z ulic rowery porzucone przez właścicieli. Potem są wystawiane na sprzedaż i można je kupić nawet za 300 koron, czyli 150 złotych.

18:09, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 listopada 2007
Sposoby na turystów rodem ze skansenu

Dziś dostałem nietypowy komentarz do tekstu o Aarhus. Do redakcji zadzwonił jakiś mężczyzna, o który mówią „Szybki” ( tak sam powiedział) i wierszem skomentował mój tekst. To było bardzo miłe, a w wierszu chodziło o to, że przemiany miasta zależą nie od jego zasobności finansowej, ale tego co ludzie mają w głowach. „Szybki” obiecał mi przysłanie tego tekstu i wtedy go opublikuję.

Dziś miałem okazję napisać tekst o Den Gamle By, czyli skansenie w centrum Aarhus, którego początki sięgają 1909 roku, gdy z okazji wystawy krajowej wyeksponowano uratowany przed rozbiórką dom z 1597 roku, który przeniesiony ze starego Aarhus. Dziś skansen działa pod patronatem Jej Wysokości Królowej i ma 75 zabytków, głównie domów z XVI-XVIII wieku, przeniesionych z miejscowości w całej Jutlandii. .

Tworzą one stare miasteczko, malowniczo położone nad rzeką. Jest reklamowane jako jedyne miejsce na świecie gdzie można odczuć unikalną atmosferę miasta z czasów Hansa Christiana Andersena.To w sporej części prawda, bo w Den Gamle By nie ograniczono się tylko do przeniesienia domów i ich ekspozycji. Od Wielkanocy do jesieni na terenie skansenu działa żywe muzeum - pracownicy muzeum ubrani w stroje z epoki odtwarzają życie mieszkańców. Działają więc m.in. kuchnie, bary, sklepy, apteka, warsztaty rzemieślnicze. Czasem wygląda to dosyć zabawnie, bo podczas mojego pobytu, na głównej ulicy stały w parach dzieci, a starsza kobieta na nie krzyczała. Potem dopiero dowiedziałem się, że to uczniowie ze szkoły, którzy coś „przeskrobali”.

Miasto żyje turystami - można pojeździć bryczką, spróbować lodów od wędrownego handlarza. Dla dzieci największą atrakcją jest plac zabaw, oczywiście z epoki. Jest więc duża, przewoźna katarynka, karuzela i huśtawka obsługiwana przez ludzi w strojach z epoki.

Same budynki są bardzo ładnie odwzorowane i opisane tabliczkami w kilku językach. Można zajrzeć niemal wszędzie. działa w nich kilka oddzielnych ekspozycji m.in. Muzeum Zegarów, jest indywidualna wystawa plakatu oraz rowerów. Nie zabrakło też ekspozycji zabawek, na której zgromadzono bardzo imponujące zbiory. W tym budynku nie zauważyłem jednak miejsca, gdzie dzieci mogły by się pobawić. Z drugiej strony mali Duńczycy chyba ma ją inny temperament niż Polacy, bo żadne z obecnych dzieci nie chciało dotknąć eksponowanych zabawek.

Co ciekawe, kilka budynków skansenu odbudowano w latach II wojny światowej, gdy Dania była pod okupacją niemiecką.

Muzeum ciągle się rozbudowuje, głównie za sprawą sponsorów. Na wielu domach wisi tabliczka, kto finansował jego przeniesienie. Np. budynek browaru został sfinansowany przez browar. Obecność browaru jest zresztą widoczna w Den Gamle By z każdego miejsca - muzeum jest umiejscowione w pobliżu siedziby browaru Ceres. Dlatego z jednej strony nad skansenem góruje odbudowany wiatrak, a z drugiej bardzo nowoczesny biurowiec Ceres.

Okazuje się, że kielecki skansen rozwija się w podobnym kierunku, opowiadał mi o tym dyrektor Muzeum Wsi Kieleckiej. Pełna wersja tekstu jest na stronie internetowej www.gazeta.pl/kielce.

17:35, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 listopada 2007
Jeszcze o lotnisku

Ale mi się dostało po uszach. Kilka dni temu napisałem, że lotnisko w Kielcach jest potrzebne i jako przykład podałem lotnisko w Aarhus. Potem dostałem list :

”...porównywanie się do jednego z najbogatszych regionów w Europie, jakim jest Skania, w której położone jest Aarhus, jest zupełnie nieuprawnione.Trzeba zdać sobie sprawę, ze PKB na głowę mieszkańca w Skanii jest o 5 razy wyższe niż w Świętokrzyskiem, a to wyznacza siłę nabywczą ludności, a co za tym idzie, skłonność do korzystania z drogiego środka transportu, jakim jest ciągle samolot i do podróżowania w ogóle. Dodatkowo Aarhus, jak Marcin Sztandera sam pisze, to wielki port, który sam z siebie generuje duże strumienie podróżnych. (...) Chcąc sprawdzić z ciekawości położenie planowanego lotniska, udałem się z Malikowa do Obic właśnie. Dojazd zajął mi w godzinach popołudniowych około 45 minut. Aby dojechać do krakowskich Balic, jadąc po zatłoczonej siódemce, potrzebuję nie więcej niż godzinę 20 minut...” .

Potem szacowny czytelnik argumentuje, że władze miasta i regionu powinny się skoncentrować przede wszystkim na ściąganiu inwestycji.

Oczywiście zgadzam się z tym.

Ale na swoje usprawiedliwienie chce tylko przypomnieć jaka intencja przyświeca wszystkim tekstom z serii „Mój kawałek Europy” - chcę pokazać kilka pomysłów, pamiętając, że nie wszystko zależy od pieniędzy. Bo wiele zależy od mentalności.

Jeszcze raz to podkreślę - nigdy nie byłem i nie jestem zwolennikiem budowy lotniska za wszelka cenę. Ale uważam, że takie lotnisko jak w Aarhus przyda się świętokrzyskiemu po wybudowaniu dróg. Drogi już się budują ( przynajmniej teoretycznie;)), ale uważam że trzeba patrzeć w przyszłość, trochę dalej niż do 2012 roku.

A propos różnic w mentalności. We wtorkowej „Gazecie” będzie tekst o studiach w Aarhus. Opowiada o tym Monika i Krzysiek, absolwenci AŚ. Mnie najbardziej zaskoczył sposób rozwiązywania problemów ze studentami. Wiadomo jak to wygląda w Polsce - rozmowa dyscyplinująca i jakieś sankcje. Tam najpierw ich zabrali na piwo, żeby porozmawiać.
18:00, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 listopada 2007
Słowo na niedzielę

To tytuł roboczy, bo wszyscy dziennikarze, którzy w ramach akcji „Mój kawałek Europy” wyjechali do 21 miast, mieli odwiedzić kościoły.

W moim przypadku odwiedzenie kościoła opłaciło się co najmniej podwójnie

W Aarhus właśnie w kościele nawiązałem pierwsze bardzo ważne kontakty. I było to bardzo łatwe, bo zaczepiła mnie Ania, która tam mieszka i moje zdjęcie widziała chyba na portalu gazeta.pl.

Wracając do kościoła.

Spora niespodzianka czekała na mnie już w sobotę, gdy około godz. 16 włączyłem hotelowy telewizor na kanał drugi duńskiej telewizji i tam zobaczyłem zdjęcia z Aarhus Domkirke, protestanckiej katedry w Aarhus. Przez kilkanaście minut na ekranie pastor opowiadał o symbolice komunii świętej, w czym pomagała mu kobieta-kapłan. Całość uświetnił występ chóru.

Jeszcze nie ochłonąłem, a program się skończył i zaczął następny - losowanie totolotka. Myślę, że takie zestawienie w TVP jest nie prawdopodobne.

Tak przygotowany w niedzielę około godz. 11 poszedłem na nabożeństwo do Aarhus Domkirke. Jest on reklamowany jako najwspanialszy zabytek miasta i rzeczywiście kościół pochodzący z XIII wieku robi imponujące wrażenie. To najdłuższy kościół w Danii, ma 93 metry długości.

Przy wejściu regał ze śpiewnikami, w środku tablice z numerami stron w śpiewniku. Nabożeństwo prowadzi kobieta.

Ale wiernych jest najwyżej 50 osób i niemal giną w potężnym kościele.  - Protestanci nie mają obowiązku uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach. Niedawno byłem w Norwegii i tam sytuacja była bardzo podobna - tłumaczy mi znajomy ksiądz.

Po nabożeństwie w Aarhus Domkirke, pastor i kobieta kapłan, znani z telewizji, żegnają się przy drzwiach z wiernymi.

Potem dla odmiany idę do Den Katolske Kirke, kościoła katolickiego. Przed kościołem wisi tablica z informacją, kiedy odprawiana jest msza, m.in. po wietnamsku i polsku. Msza po polsku jest dwa razy w miesiącu. Odprawia ją ksiądz Herbert Krawczyk, który w Aarhus pracuje od 1976 roku. Przy wejściu oczywiście też leżą śpiewniki, ale po polsku. Mnie bardziej zaskakuje ustawienie ołtarza i ambony na środku świątyni. Krzesła stoją wokół. Na mszy ze 200 osób. Ksiądz Krawczyk podczas kazania mówi m.in. że Polacy bardzo nie szanują swojego języka ojczystego. - Czasem aż uszy więdną, gdy przechodzę ulicą - mówi.

Podczas ogłoszeń ksiądz zaprasza wiernych na kawę, mówi o spotkaniach parafialnych, a po mszy żegna parafian w drzwiach kościoła. - Taki jest zwyczaj we wszystkich kościołach katolickich. Jesteśmy tu kościołem mniejszościowy, bo 90 procent mieszkańców Danii to protestanci, a katolików jest tylko 40 tys. Więc możemy łatwo się spotkać, bo pożegnanie w polskim kościele, gdzie jest i tysiąc wiernych byłoby trudne - mówi ksiądz Krawczyk. Podobnego zdania jest ojciec Grzegorz Marszałkowski, proboszcz i gwardian Klasztoru Braci Mniejszych Kapucynów w Kielcach. - To wyraźne nawiązanie do tradycji protestanckiej. U nas pożegnanie przy wyjściu trwałoby bardzo długo. Niedzielny rosół zdążyłby wystygnąć - mówi ojciec Grzegorz Marszałkowski,

Ksiądz Krawczyk podkreśla jednak, że teraz na msze po polsku przychodzi więcej osób. - Kiedyś było po 150 osób, teraz 200. To dlatego, że bardzo dużo osób przyjeżdża tu do pracy. Duńczycy bardzo cenią np. polskich budowlańców, - mówi ks. Krawczyk.

Ciekawa jest historia aranżacji wnętrza kościoła w Aarhus. Wprowadzono ją kilka lata temu i miała służyć przybliżeniu wiernych do ołtarza i kościoła.
18:29, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2007
Chcę mieć lotnisko z Aarhus

Prezydent Kielc i lokalne media, w tym „Gazeta”, rozkręcają walkę o budowę lotniska. Powód - Komisja Europejska zapowiedziała, że tej inwestycji nie sfinansuje.

Nie byłem zwolennikiem budowy lotniska „Kielce -Obice” za wszelka cenę, a takie argumenty pojawiały się do tej pory.

Uważam i uważałem, że lepiej najpierw wybudować drogi i dojechać do lotniska, a nie inwestować w budowę lotniska w polu, zapominając o drogach w całym regionie.

Teraz jednak sytuacja wygląda inaczej - drogi będziemy mieć, bo tak zdecydował samorząd i UE dała na to pieniądze.

Dlatego uważam, że warto dodatkowo powalczyć o lotnisko, tym bardziej, że sporo pieniędzy już wydano na przygotowania.

Jak ważne jest lokalne lotnisko przekonałem się w Aarhus. Lotnisko, jako jeden z głównych atutów duńskiego miasta wymienił Nicolai Wammen, burmistrz Aarhus. - Mamy dobrą lokalizację i sieć komunikacyjną. W efekcie bardzo łatwo tu dotrzeć i chętnie będziemy robić interesy np. z polskimi biznesmenami - zachęcał Wammen.

Rzeczywiście Aarhus to jedno z najlepiej skomunikowanych miast, nie tylko w Danii. To olbrzymi port (głównie towarowy, ale również odpływają z niego promy), do miasta dochodzi autostrada, a pociągiem w 3 godzin można dojechać do Kopenhagi.

Mimo takiej komunikacji, Aarhus ma również lotnisko. Jak bardzo jest potrzebne przekonałem się już podczas dojazdu. Na lotnisku w Kopenhadze byłem w czwartek późnym wieczorem i złapałem jeden z ostatnich lotów do Aarhus. Mimo że lot trwał tylko około 25 minut, to 100 miejscowy McDonnell Douglas należący do SAS był niemal pełny. Zaskoczyło mnie, że spora część pasażerów to rodziny z małymi dziećmi. - One lepiej znoszą taką podróż niż samochodem - mówi Maria, która do Aarhus wracała od rodziny w Kopenhadze. Jeszcze więcej pasażerów było w samolocie, którym wracałem w do Kopenhagi 10 dni później. Tym razem byli to w większości obcokrajowcy, którzy wracali z jakiegoś sympozjum naukowego.

Samo lotnisko leży około 40 km od miasta. Można tam dojechać dobrze utrzymana drogą, autobusem lotniskowym w około 45 minut.

Lotnisko Aarhus jest określane w przeglądach portów lotniczych jako niewielkie. Ma dwa pasy o długości 3 kilometry i jeden terminal. Może obsługiwać m.in. Boeingi 767 ER i utrzymuje regularne połączenia m.in. do Kopenhagi, Oslo, Sztokholmu, Goteborga i Londynu. Poza tym sporo lotów to połączenia do miejscowości turystycznych nad Morzem Śródziemnym.

W zeszłym roku obsłużyło 600 tysięcy pasażerów. To niezły wynik, skoro z  liczącego około 280 tys. mieszkańców Aarhus do drugiego największego lotniska w Danii, w Billund, jest około 100 km.

Na koniec ciekawostka. Lotnisko w Aarhus ma podobną historię jak fontanna na kieleckim Rynku. Jego budowę zapoczątkowali Niemcy, podczas okupacji w 1943 roku. Zakończono już po wojnie i w 1946 roku uruchomiono regularne loty do Kopenhagi. Potem lotnisko było wielokrotnie modernizowane, żeby mogło obsługiwać coraz większe odrzutowce pasażerskie. Największą modernizację przeszło w 1981 roku, gdy uruchomiono obecny terminal pasażerski.

Szkoda, że w Kielcach Niemcy większego lotniska nie zbudowali.
17:28, marcin.sztandera
Link Komentarze (1) »
środa, 14 listopada 2007
Szybko o ratuszu

Dziś miałem okazję przetestować jak wygląda rejestracja samochodów w kieleckim ratuszu i porównać to z moimi doświadczeniami z Aarhus.

Okazało się, że Kielce nie wypadają tak źle, chodź interesanci dziś w Kielcach musieli czekać aż trzy godziny.

Jak to wyglądało, można przeczytać na stronie www.gazeta.pl/kielce.

Ale z drugiej strony pewnie przeciętny klient w Kielcach nie jest tak „uciążliwy”, jak Ania Buras, która pomagała mi sprawdzić urząd w Aarhus.

Aniu, wielkie dzięki!

To na razie tyle, bo jest bardzo późno. Jutro napisze więcej.

PS. Muszę się zgodzić z Cineo. Mentalne różnice między Polakami i Duńczykami są olbrzymie. Ciekawe tylko dlaczego. Bo nie sądzę, żeby to zależało tylko od zasobności finansowej państwa.
21:52, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2007
O szkole i nie tylko

Dziś trochę inaczej. Opowiem co mnie zaskoczyło przy okazji pisania wywiadu na temat duńskiej szkoły, którą przeprowadziłem w Kielcach. Sam tekst można znaleźć na stronie internetowej www.gazeta.pl/kielce.

Na temat różnic pomiędzy szkołą polską i duńską rozmawiałem dzisiaj z Martą, uczennicą szacownego II LO im. Jana Śniadeckiego w Kielcach (bardzo dziękuję za szybką pomoc dyrektor Bożenie Potockiej).

To rówieśnica mojej rozmówczyni z Aarhus, Christiny.

Przede wszystkim okazało się, że Marta jest znacznie bardziej skłonna zgodzić się na montaż monitoringu w szkole. Rozsądnie argumentowała to względami bezpieczeństwa. Tymczasem Duńczycy byli oburzeni tym pomysłem, mówili, że to wyraz braku zaufania do uczniów i nauczycieli. O bezpieczeństwie wspominali dopiero, gdy zapytałem.

Różnic pomiędzy obiema szkołami było więcej. Marta dziwiła się np. jak można mówić do nauczyciela po imieniu i nie chciała uwierzyć w zapewnienia, że młodzi Duńczycy nie ściągają, gdy prosi ich o to nauczyciel.

Przyznam szczerze, sam nie bardzo mogę w to uwierzyć!

Marta jest oczywiście zwolennikiem szafek na książki dla każdego ucznia w szkole. Ale zauważyła, że w praktyce i ta nie zawsze mogłaby jej używać. - Przecież trzeba się uczyć i w domu - mówi Marta. W ten sam sposób opowiadała o szafkach Christina.

To tyle o szkole.

Doczekałem się też komentarzy telefonicznych po pierwszym tekście. Ktoś stwierdził, że burmistrz Aarhus widocznie nie potrzebuje samochodu służbowego, bo ma mniej inwestycji i spraw do załatwienia.

Co ciekawe, wszyscy mieszkańcy Aarhus z którymi rozmawiałem zgodnie twierdzili, że ich burmistrz to bardzo zapracowany człowiek. Ale Duńczycy dziwili się też jak można kupić samochód służbowy za 200 tys. złotych.

Jeszcze informacja dla moich znajomych z Danii, którzy bardzo mi tam pomogli: Teksty, których będziecie bohaterami, jeszcze czekają na publikację. Pozdrawiam i dziękuję.

To na razie tyle
19:48, marcin.sztandera
Link Komentarze (1) »
Strajkować można inaczej

Z niewielkim opóźnieniem nareszcie mogę trochę więcej napisać o komunikacji miejskiej. Nie ukrywam, że tu spotkało mnie największe zaskoczenie.

Już drugiego dnia mojego pobytu w Aarhus dowiedziałem się, że rok temu stanęły tam autobusy komunikacji miejskiej. Powodów było kilka, m.in. planowana prywatyzacja, bo autobusy miejskie w Aarhus to ostatnia w Danii spółka komunalna tego typu. Przejęciem spółki zainteresowana była m.in. Veolia Transport.

- Kierowcy w Aarhus mają chyba najlepsze w Danii zarobki, zarabiają 22-24 tys. koron brutto na miesiąc, obawiali się utraty przywilejów - mówi Niels Buch Johannsen, rzecznik prasowy ratusza. - Impulsem do strajku było zwolnienie jednego z pracowników, a reszta poszła za nim - dodaje. I autobusy przestały jeździć. - Ale nie wyglądało to tak drastycznie, jak w Kielcach, że stanęło całe miasto. Tu strajkujący najpierw na swojej stronie internetowej ostrzegali, które kursy i które linie nie będą kursowały. Potem stopniowo je wyłączano - opowiada Anna Buras-Knutsen, kielczanka od trzech lat mieszkająca w Aarhus.

Jak to wyglądało w Kielcach, pamięta chyba każdy mieszkaniec - najpierw był strajk ostrzegawczy, a potem stanęły wszystkie autobusy. Po tygodniowej blokadzie władze Kielc uruchomiły komunikację zastępczą.

W Aarhus komunikacji zastępczej nie było. - Wszyscy się przesiedli na rowery i do taksówek, To trwało około tygodnia - mówi pani Anna. Strajk się skończył, gdy miasto i załoga usiedli do rozmów. - Strajk przerwano, gdy zmieniono plan restrukturyzacji, ale przekształcanie spółki trwa nadal. Wszyscy już mieli dosyć tej sytuacji, ludzie nie wiedzieli, czy autobusy przyjadą, to było bardzo uciążliwe - mówi rzecznik Johannsen.

Teraz tamtejsza komunikacja miejska działa sprawnie - żółte autobusy są w środku bardzo czyste, chociaż większość z nich to wysokopodłogowe i dosyć wiekowe scanie. Pasażerowie karnie wsiadają tylnymi drzwiami, a wysiadają przednimi. Bilety można kupić w automacie znajdującym się z tyłu autobusu. Tam jest też umieszczona szczegółowa mapa połączeń, a w dodatku niemal wszyscy kierowcy wyczytują przez głośniki nazwę kolejnego przystanku. Z kierowcami bez problemów można się dogadać po angielsku. Rocznie na komunikację miejską Aarhus wydaje 147 mln koron, czyli ok. 75 mln zł. Dwugodzinny bilet upoważniający do jeżdżenia po czterech strefach miejskich kosztuje 18 koron.

11:49, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 listopada 2007
Aarhus - takie Kielce widzę za kilka lat

Akcja "Gazety" - Mój kawałek Europy. Duńskie Aarhus nie jest idealne, ale właśnie takie Kielce widzę za kilka lat. Nie tylko bogate, czyste, europejskie, ale przede wszystkim potrafiące wykorzystać swoje atuty. I kielczan uwielbiających swoje miasto.

Byłem jednym z 21 reporterów "Gazety", którzy rozjechali się po całej Europie podglądać bliźniacze miasta. Wybrałem Aarhus w Danii i zamieszkałem tam przez dziesięć dni. Nie pojechałem tam jednak, żeby szukać dowodów, że Kielce to europejska wiocha. Że, mimo iż jesteśmy w Unii, do europejskich standardów ciągle nam daleko. Pojechałem po dobre pomysły, bo wierzę, że w naszym mieście można żyć lepiej.
Ktoś powie: nie ma porównania, tam mają więcej pieniędzy. To tylko część prawdy. Jasne, w ciągu roku nie wybudujemy takich dróg i tylu podziemnych parkingów. Ale nie tylko o to chodzi.
Nie trzeba wielkich pieniędzy, żeby budować drogi od razu ze ścieżkami rowerowymi. I zachęcać mieszkańców do tego środka transportu, za darmo wypożyczając im rowery. Tak samo jak nie potrzeba ich, żeby właściciele kamienic i bloków co dwa tygodnie usuwali graffiti, a właściciele psów sprzątali po swoich ulubieńcach.
Najważniejsze siedzi w głowach mieszkańców. W Aarhus uderzył mnie wzajemny szacunek: kierowców do pieszych czy instytucji do obywateli. Podglądałem i podpytywałem mieszkańców. Rozmawiałem z urzędnikami i zarejestrowałem samochód w urzędzie, w którym akurat popsuł się elektroniczny system obsługi klientów.
Przekonałem się, jak bardzo Aarhus przypomina Kielce. Podobna liczba mieszkańców, główna ulica skupiająca życie, niewielka rzeczka, miasto dumne ze stadionu piłkarskiego (brzydszego niż nasz przy Ściegiennego!), piłka ręczna na wysokim poziomie. I tak jak u nas co czwarty mieszkaniec to student. Mało tego, przed rokiem w Aarhus strajkowała miejska komunikacja, bo załoga bała się przejęcia przez firmę związaną z Veolią Transport! Skąd my to znamy!
Najbardziej zaskoczył mnie jednak fakt, że życie nie zamiera po zmroku. I to nie tylko w centrum. I że jest bezpiecznie, a wszyscy zwyczajnie uśmiechają się do siebie. To nie jest miasto, z którego ucieka się do Kopenhagi. Co więcej, to do Aarhus na weekend przyjeżdża się ze stolicy Danii. - Tu jest bezpieczniej, fajna atmosfera do zabawy, ludzie są sympatyczniejsi - tłumaczył mi 45-letni Lars, którego spotkałem na ulicy, gdy razem z przyjaciółmi tańczył przy samochodzie. Była gdzieś 23, auto stało przy głównej ulicy, a wszyscy przechodnie ich pozdrawiali. Wyobrażacie sobie coś takiego na Sienkiewicza?
Różnic dostrzegłem więcej. Nie zapomnę zdziwienia, jakie wywołało w ratuszu moje pytanie o samochód służbowy burmistrza Nicola Wammena. - Burmistrz nie ma samochodu służbowego, jeździ prywatnym - odparł Niels Buch Johannsen, szef wydziału prasowego miasta. - Ale nie swoim prywatnym, bo go nie ma. Wozi go własnym samochodem jeden ze strażników miejskich. Ratusz zwraca mu tylko za paliwo. Chcesz, pokażę ci ten samochód - zaproponował Johannsen i zaprowadził mnie na parking, wskazując na kilkuletniego volkswagena passata. Gdy powiedziałem mu, jakim autem jeździ prezydent Kielc, zapytał tylko ze zdziwieniem: - Radni się zgodzili?
Żeby było jasne - nie twierdzę, że Aarhus to europejska idylla. Tam też narzekają: na obcokrajowców, którzy stworzyli niemal getto, na problem narkotyków w szkołach średnich, na remontowane w ciągu dnia ulice.
Ale z opowieści o Aarhus dużo można się dowiedzieć o Kielcach, o nas samych. Dlatego w najbliższych dniach postaram się pokazać jak najwięcej tych opowieści. To nie będą statystyki, raczej historie ludzi, których tam spotkałem i którzy mi opowiedzieli o swoim mieście.
Wiem, że szybko nie nadrobimy kilkudziesięciu lat pracy, jaką Duńczycy włożyli w rozwój. Ale możemy skorzystać z ich doświadczeń, a niektóre pomysły wręcz przenosić do Kielc. Mamy szansę, bo nawet chłodni Duńczycy mówią, że Polska szybko się zmienia

09:32, marcin.sztandera
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2